Do tej pory myślałem, że gwoździem do trumny promocji Krakowa był szaliczek, ale ostatnio zobaczyłem reklamę pigułki z hasłem "72 godziny po... Krakowie".
Ostatni weekend spędziliśmy właśnie w Krakowie, gdzie mieliśmy nadzieję przekonać się, że Wrocław wciąż jest miastem pustym i cichym. W poszukiwaniu boozy Brits obeszliśmy rynek i planty, ale o dziwo trafiła się tylko jedna grupa. Czyli tyle ile w piątkowy wieczór można spotkać we Wrocławiu. Może jednak było za wcześnie. Może nie było na ten weekend tanich biletów.
Ciągle zastanawia mnie czemu Kraków, miasto, które wygrało na loterii brak zniszczeń wojennych i jeszcze zamek na wzgórzu, wybrał turystykę imprezową. Chociaż może billboardy z nierozpakowaną czekoladką miały odnosić się do nocy muzeów, podobnie jak ostatnia akcja ze zmęczonymi pomnikami? Inna sprawa, że w zabawie nie uczestniczył Aleksander Fredro, co być może świadczy o tym, że Wrocław nie dorobił się rozpoznawalnego symbolu. Tymczasem każdy zna wierszyk o starym pierniku, kto nie pamięta magazynu morze (zaczynającego się piosenką o piratach), syrenka straszy też od dawna. Poznań litościwie też pominięto, bo kto chciałby wybrać się do miasta, do którego imprezować jeżdżą koziołki?
24 godziny po...
burlap










