Edwin Bendyk opisuje Copyright Summit w Brukseli, na którym przedstawiciele przemysłu wyrazili obawy w związku z istnieniem Creative Commons. Najciekawsze jest uzasadnienie.
Bendyk cytuje Erika Baptista z CISAC, a moją uwagę zwróciło następujące zdanie:
Gdy autor zdecyduje się raz ogłosić utwór w ramach licencji Creative Commons, nie może już później zmienić jego statusu, nawet choćby chciał, gdy np. stanie się sławny i chciałby lepiej pilnować integralności swojej twórczości.
Pomijając wątpliwe meritum tej opinii, CISAC stosuje formę typową dla przedstawicieli producentów i organizacji zarządzania prawami. Dlaczego nie może powiedzieć na przykład tak:
Creative Commons stanowi konkurencję dla tradycyjnego modelu prawa autorskiego. Autorzy biorą sprawy w swoje ręce rezygnując z pośrednictwa producentów i organizacji zarządzania prawami. Wpływa to na spadek naszych dochodów i zmusza nas do szukania nowych modeli biznesowych i lobbowania za zmianami w prawie. Niestety, CC pokazuje, że nie tylko w przypadku oprogramowania twórcy mogą czerpać dochody z działań innych niż sprzedaż licencji - koncertów, dobrowolnych wpłat. To dla nas naprawdę realne zagrożenie, gdy taki Cory Doctorow chwali się, że mimo udostępniania legalnie książki w internecie drukuje się jej już szóste wydanie.
Ale oczywiście lepiej powiedzieć, że biedny autor nie wie co czyni, zmuszony przez lessigistów podpisuje cyrograf i już do końca życia będzie musiał tworzyć dla piratów. Tymczasem czekają na niego organizacje, które dokładnie mu wytłumaczą, co i dlaczego podpisuje, bez tanich sztuczek i podchwytliwych pytań.
W imię autora
burlap
jako (1.06.2007)










