Akrobatyczne wyczyny ludzi, helikopterów, samochodów i odrzutowców raczej wtórne, ale jedno nawiązanie do pierwszej Szklanej Pułapki i ogólny klimat absurdu ratują całość jako dobre kino familijnewakacyjne.
Fragment z odrzutowcem przywołany wyżej należy zresztą do tej samej wytwórni, więc problem plagiatu raczej nie występuje. Nie sprawdzam innych nawiązań, zapewne część wyciągnięto z przepastnych zbiorów 20th Century Fox (mając w lodówce Gwiezdne wojny zawsze można coś smakowitego do każdej potrawy dorzucić). Benkler nazywa taką strategię Myszką Miki, skojarzenie z inną znaną wytwórnią nieprzypadkowe... Reszta wtórnych pomysłów albo w ogóle nie jest przedmiotem prawa autorskiego, albo przechodzi póki co na zasadzie cytatu czy parodii, ale to właśnie polityka takich firm jak Fox może sprawić, że wkrótce strącenie helikoptera rozpędzonym radiowozem będzie przedmiotem patentów. Ciekawe jest jednak w tym filmie jeszcze coś innego.
Uwaga - w dalszej części prawdziwe spoilery.
Fabuła jest kompletnie bez sensu, ale wciąż oddaje sposób myślenia o sieci i zagrożeniach z nią związanych. Wzgardzony haker postanawia ukraść wszystkie amerykańskie dane, skromne przedsięwzięcie, bo mógłby przecież zgarnąć od razu wszystkie internety. Żeby dane przekopiować wywołuje kompletny chaos, bo wcześniej sam zaprojektował system, który w razie chaosu wszystkie dane kopiuje na jeden centralny serwer. Jeden centralny serwer mieści się w jednej centralnej serwerowni, w której na środku stoi jeden centralny moduł, który błyska światełkami jak w serialu s-f z wczesnych lat sześćdziesiątych. Kluczowej serwerowni pilnuje dwóch strażników i jeden portier.
Tymczasem w tychże latach sześćdziesiątych Amerykanie wymyślili, żeby dla bezpieczeństwa stworzyć sieć pozbawioną punktów centralnych. Sieć ta stała się początkiem internetu. Według autorów scenariusza Szklanej Pułapki 4.0 (numerki to wynalazek polskiego dystrybutora/tłumacza) w XXI wieku koncepcja ta staje się przestarzała i okazuje się, że bezpieczeństwo najlepiej zapewni nam jedno miejsce, taki Fort Knox z danymi. Zaczynam mieć wrażenie, że strzał Microsoftu z Windows Home Server jest jak zwykle celny...
Wszystkie ważne numery - konta, karty kredytowe, polisy ubezpieczeniowe - trafiają na ten jeden serwer, z którego szpakowaty i wytatuowany Włoch kopiuje je na dyski złoczyńców. Dyski być może jeżdżą ciężarówką, by potem chyba znaleźć się w jednym laptopie. To zresztą nieważne: właściwie nie wiadomo, czy system z centralnym składowaniem danych miał być dobry, czy tylko był częścią wrednego od początku planu. Ostatecznie jednak (poza mięśniami McClane'a) to internet działa najlepiej. Nie ma telekomunikacji, nie ma prądu, nie ma telewizji. Ale internet nie ginie tak łatwo.










