nagłówek o mnie sport

Office, wersja mikro (1)

Wkrótce początek roku szkolnego. Przyda się mundurek, nowy telefon, komputer i pakiet biurowy. Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, który pakiet biurowy wybrać, na wszelki wypadek piszą o nim gazety, a sklepy komputerowe witają reklamą zamiast strony głównej.
Oferta ważna jest do wyczerpania zapasów, co w przypadku produktu o koszcie krańcowym zbliżonym do kosztu rolki papieru toaletowego brzmi dla ekonomisty niepoważnie, ale każe się śpieszyć. Tym bardziej, że cena zachęcająca 199 złotych, za Microsoft Office 2007, którego wersja standard siedem lat temu kosztowała 2440 złotych (czasem spoglądam sobie na to pudełko i pukam się w czoło).
Ale za te pieniądze dostajemy tylko namiastkę produktu. Za 200 złotych mamy produkt, na którym możemy napisać list do ciotki, odrobić zadanie domowe na polski lub chemię, napisać pracę magisterską. Zasadniczo jednak nauczyciel z prywatnej szkoły nie przygotuje na nim prezentacji na zajęcia, dziennikarz nie napisze artykułu, a członek stowarzyszenia nie policzy jego budżetu. W licencji, w punkcie 2.a czytamy bowiem:
Oprogramowanie nie jest licencjonowane do użytku związanego z prowadzeniem działalności komercyjnej, nienastawionej na zyski lub przynoszącej zyski.
MS Office 2007 to rzekomo produkt dość innowacyjny, szczególnie w porównaniu z poprzednimi wersjami, które specjalnie nie zmieniły się przez 10 lat (przynajmniej od strony interfejsu). Jest nie tylko nowy interfejs, są też nowe formaty plików. Firmy boją się więc Office'a 2007, bo pojawia się krzywa uczenia się, której wcześniej nie było. Skoro się uczyć, to równie dobrze można nauczyć się OpenOffice'a. Można więc nagromadzone zapasy, jeśli trzymać się metafory Microsoftu, wcisnąć użytkownikom domowym, wielu z nich przecież gdzieś pracuje. Niech opanują nowy program, niech naciskają pracodawcę, niech wymieniają się plikami w nowym formacie, żeby ich znajomi musieli przynajmniej pomyśleć o przesiadce. Efekty sieciowe zrobią swoje.
Zastrzeżenie niekomercyjności (nad którego znaczeniem męczą się od lat użytkownicy licencji Creative Commons, gdzie opcjonalnie takie zastrzeżenie można dodać) wciska się jednak użytkownikom mimochodem. Informacja o ograniczeniu użytku tylko do celów prywatnych (to byłoby zresztą jeszcze większe ograniczenie niż to, które w praktyce jest w licencji) znalazła się wśród najczęstszych pytań, w dziale "ceny i zamawianie". Założenie, że większość użytkowników domowych nie wykonuje działań o charakterze komercyjnym jest błędne, szczególnie biorąc pod uwagę dziwne zastrzeżenie o "działalności komercyjnej nienastawionej na zyski", które jest ewidentnym oksymoronem. W pewnym sensie Microsoft wprowadza więc podatek od piractwa - zgadza się na to, że wielu użytkowników będzie naruszać postanowienia licencji, ale przynajmniej skasuje za to 200 złotych. I dowie się czegoś o użytkownikach, bo licencja zawiera oczywiście zgodę na pobieranie danych o komputerze, na którym trojański Office sobie działa.