Mieszane uczucia budzi tekst WO, który pisze, że "zapuszkowanie kolesi" od napisów wzbudziło w nim "oczywistą satysfakcję" jest zadowolony z zamknięcia serwisu napisy.org. Z racji wykonywanego zawodu jest uprzywilejowanym odbiorcą kultury, tak jak mogę się do pewnego stopnia uważać za uprzywilejowanego odbiorcę nauki. Nie chodzi tylko o "darmowy" dostęp do pewnych instytucji (filmowe premiery - subskrypcje czasopism), ale o uczestnictwo w odpowiedniej sieci, czy też "kręgu towarzyskim", który pozwala na legalne korzystanie z dozwolonego użytku. Uprzywilejowanie ma oczywiście swoje granice, których Orliński stara się nie przekraczać (chociaż to obchodzenie skutecznych technicznych zabezpieczeń może się różnie skończyć).
Nie mam zamiaru kwestionować tego, że dystrybucja tłumaczeń/napisów jest sprzeczna z prawem, tak samo jak zgodne z prawem jest ich tworzenie na własny użytek. To, że napisy.org zniknęły, a taki osloskop.net ciągle działa też jest w pewnym stopniu logiczne. Sprawa napisów raczej nie rozpocznie wielkiej dyskusji, rozsądne komentarze nie spotkały się z nadmiernym odzewem. Szkoda, bo być może czas, żeby problemy P2P, napisów, DRM awansowały kwestię dostępności kultury na poziom praw podstawowych? W końcu "prawa społeczne, ekonomiczne i kulturalne" już dawno uzyskały (odzyskały?) status praw podstawowych. Prawa społeczne i ekonomiczne są - szczególnie w UE - dość solidnie uregulowane, prawa kulturalne jakby mniej.
Artykuł 36 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej brzmi:
Unia uznaje i respektuje dostęp do usług świadczonych w ogólnym interesie gospodarczym na podstawie ustaw i praktyki krajowej, zgodnie z Traktatem ustanawiającym Wspólnotę Europejską, w celu wspierania spójności społecznej i terytorialnej Unii.
Po ludzku oznacza to dostęp do różnych ważnych usług - takich jak elektryczność, transport, telekomunikacja czy poczta. Tak jakoś wyszło, że dla rozwoju społeczno-ekonomicznego uznano taką infrastrukturę za ważną. Firmy telekomunikacyjne, pocztowe czy transportowe nie mogą dowolnie windować cen (co nie znaczy, że nie próbują), ani ograniczać dostępu. Wolny rynek to nie jest.
Tymczasem dla kultury proponuje się rozwiązania coraz bardziej liberalne. Własność jest święta, nie stać cię - nie musisz uczestniczyć. Z jednej strony zdrowy rozsądek podpowiada, że twórcy/artyści powinni mieć możliwość żądania dowolnej ceny za swoje produkty. Jest popyt, jest odpowiednia podaż, a ingerencja państwa spowoduje zakłócenia, które zburzą równowagę. Inny zdrowy rozsądek pyta jednak, czy na pewno jest to równowaga, o którą chodzi? Czy koszty społeczne wykluczenia, obejmujące np. zorganizowane piractwo (takie stadionowe), analfabetyzm (w szerokim znaczeniu), nie stają się za wysokie? Skoro cenimy interesy ekonomiczne, może czas zacząć cenić interesy kulturalne?
Interesy, czyli nic za darmo. Powszechność i dostępność nie musi oznaczać, że każdemu według potrzeb, a diabłu ogarek. Przedsiębiorstwa na rynkach regulowanych w związku z art. 36 radzą sobie w większości dobrze (z wyjątkiem może kolei regionalnych), więc medialne koncerny nie stoją na straconej pozycji. Aktualne modele biznesowe z jednej strony zadowalają największych producentów, z drugiej liczby dotyczące wymiany plików w sieciach P2P działają na wyobraźnię właścicieli praw, którzy liczą potencjalne zyski. A w danych o szalejącym piractwie zaledwie nieśmiało wspomina się o rynkach elektronicznych (które notują dwu- i trzycyfrowe tempo rocznego wzrostu), które mogłyby konkurować z internetową wymianą plików. Jeśli firmy telekomunikacyjne zaczynają powoli odchodzić od naliczania minutowego, oferują dodatkowe usługi (zresztą wkraczając na pole dostarczania treści - poprzez różne formy triple play), to znaczy, że nawet największe zmiany modeli biznesowych są możliwe. Przy zachowaniu dochodów.
Powszechny dostęp do kultury nie musi kłócić się z ochroną "własności intelektualnej". I nie uważam, żeby amerykańskie seriale, hollywoodzkie hity czy pop miały być z tego powszechnego dostępu wyłączone. Oczywiście nie da się interesów kulturalnych podciągnąć pod art. 36 karty, ale we wspólnotach europejskich początkowo też zakładano, że przepisy o ochronie konkurencji i wolnego rynku wystarczą do zapewnienia ochrony praw socjalnych i praw konsumenta...
Interes kulturalny
burlap
jako (23.05.2007)











Ciezka sprawa
Czytalem dyskusje u Orlinskiego ale jej nie komentowalem, bo po pierwsze dosc mnie jej gospodarz wkurzyl forsowaniem swojej koncepcji, ze linki do You Tube sa ok, przy argumentacji na poziomie ze tak jest bo to mowie ja, Orlinski, ale glownie dlatego, ze w sprawie sciagania z sieci ma swoj poglad i go nie podzielam, co mi sie dosyc rzadko zdaza.
Fajnie jest moc ogladac wszystkie filmy za friko, sluchac kazdej muzyki, na jaka sie ma ochote. I rozumiem argument (sam siebie tak tlumacze) ze przeciez autor dziela na tym nie traci, bo mu nie ubedzie od tego, ze ja sobie obejrze. A jak mi sie spodoba, to moge mu to jakas zrekompensowac, np. kupujac oryginal post factum lub jego nastepne dzielo. Ale z drugiej strony, dlaczego ktokolwiek mialby przy takim zalozeniu w ogole placic? Po co byc jeleniem? Dlaczego ja (placac) mam w pewnym sensie byc sponsorem kogos, kto nie placi? Kupowanie dziel, przy jednoczesnym dopuszczeniu ich do darmowego wykorzystywania, stawia ludzi w pozycji nie zwyczajnych konsumentow lecz Mecenasow Sztuki. W imie czego? Ukulturalniania spoleczenstwa? Czy aby na pewno przyslowiowe amerykanskie seriale i hity sa w tym celu niezbedne? Ja bym chcial zobaczyc Taj Mahal na zywo, ale mnie nie stac. Czy mam sobie porwac samolot? Ja nie znam odpowiedzi, nie wiem jak to powinno byc zorganizowane, ale jednak dzialanosc takich serwisow jak napisy.pl, nie mowiac juz o osloskopach, jest naruszeniem czyjejs wlasnosci i powinna byc powstrzymana.
Offtopic:
czemu nie komentujesz Orlinskiego, w polaczeniu z np. dzialalnoscia promocyjna swojego bloga? I czy w ogole prowadzisz takowa?
I znów gapowicze
No i konkretnie zdefiniowałeś problem gapowicza. Znowu wraca problem kosztów społecznych / kosztów prywatnych, tu absolutna klasyka na ten temat.
Poza tym napisy czy osloskop nie naruszają "własności", raczej "własność intelektualną"...
Jeszcze krótka pseudoanaliza osobistej wizyty pod Taj Mahal, w stylu problematyki kosztów społecznych - jeżeli zysk społeczny z Twojego ukulturalnienia (w postaci np. lepszego lasera w związku z większymi chęciami do pracy w związku z chęcią zasłużenia na takie mauzoleum) jest większy niż społeczny koszt wycieczki (CO2 emitowane przez samolot i klimatyzację w hotelu, szczepienia na wszystkie tropikalne paskudztwa dofinansowane przez budżet), to jedź...
Jaki ja madry
Tak od reki zdefiniowalem klasyczny problem nic o nim nie wiedzac, ale ja zem sprytny, dzieki za artykul, przeczytam w wolnej chwili.
A co do kosztow spolecznych, kto ma niby decydowac co jest cenniejsze? To sie nie poddaje zadnej przeze mnie wyobrazalnej analizie, wymagalo by uzycia jasnowidzow (a i tak zawsze istnieje niebezpieczenstwo raportu mniejszosci).
"linki do You Tube sa ok,
"linki do You Tube sa ok, przy argumentacji na poziomie ze tak jest bo to mowie ja, Orlinski"
Nieporozumienie - nie mówię, że wiem na pewno, że są OK. Mówię tylko, że argumenty, że nie są OK, są na razie słabiutkie i sprowadzają się do "bo ja tak mówię, jakem komentator na blogu Orlinskiego". Jak tylko pojawi się argument solidniejszy - a choćby i cease & desist od poszkodowanego - mogę zmienić zdanie.
"czemu nie komentujesz Orlinskiego, w polaczeniu z np. dzialalnoscia promocyjna swojego bloga?"
Azaliż nie po to ludzkość wymyśliła Trackbacka, po którym sam tu trafiłem? :-)
IANAL, ale
Sądy wciąż nie rozumieją koncepcji linków, poza tym orzecznictwo w Polsce ma zastosowanie w konkretnych sprawach. Gdyby polegać na wyrokach z całego świata w sprawie linków, internetu już dawno by nie było. Pewnym ułatwieniem w dyskusji byłoby odróżnienie linków do youtube (takich przez <a>, które na przykład ja mam u siebie, głównie dlatego, że flash pod linuksem to wciąż nie jest miłe doświadczenie mimo wersji stabilnej i oficjalnej, na moim starym notebooku można grillować kiełbaski już w drugiej minucie filmu) od "embedów", które jednak są bliżej rozpowszechniania. Miłośnikom takich terminów jak "pola eksploatacji" i "głębokie linki" polecam archiwum listy CC, gdzie odbyła się miła dyskusja na ten temat.
Na youtube poszkodowanym przysługują według prawa amerykańskiego całkiem sprawne procedury żądania usunięcia treści, może nie tak dobre jak wizyta policji o szóstej rano, ale równie skuteczne - na hasło DMCA niejeden twardziel sformatował dysk twardy.
Z ciekawych naciąganych analogii jest jeszcze sprawa chłopaka, który linkował do teledysku depeche mode. Podał link, a potem poddał się dobrowolnie karze, co automatycznie oznacza, że przyznał się do winy, a winę tę zaklepał sąd. Czyli jest precedens, oczywiście w kraju bez precedensów.
Z drugiej strony też mi oczywiście przychodzi do głowy art. 29 ust. 1 prawa autorskiego, w końcu "prawami gatunku twórczości blog" jest włączanie filmów z youtube, szczególnie gdy się o nich pisze.
I byłbym zapomniał, IANAL, TINLA, OMG.
a czemu nie IANYL
przeciez jestes lawyer? Pokonaly mnie te skroty, ale wiki mnie oswiecilo :). Ale co to OMG (mi sie tylko Oh My God narzuca)?
jest lawyer i lawyer
W zasadzie jestem tylko magister, wierzący niepraktykujący. Ktoś kto przeczytał 100 książek o samochodach i prenumeruje "Motor" nie jest ani mechanikiem, ani tym bardziej kierowcą wyścigowym. Teraz jestem raczej prawnikiem-i-ekonomistą.
OMG trafnie rozszyfrowałeś...