Twórcy licencji CC dobrze wyczuli koniunkturę na niekomercję, czy jak kto woli oczekiwania społeczności internetowej, która chce zdystansować się od bezdusznych kapitalistów, wielkich mediów, banerów reklamowych zasłaniających całą stronę i wyraźnie oddziela zarabianie pieniędzy od niezarabiania pieniędzy. Tymczasem krytycy opcji niekomercyjnej zarzucają jej użytkownikom hipokryzję.
Śledzenie dyskusji o znaczeniu „użytku niekomercyjnego” na liście dyskusyjnej Creative Commons przerasta możliwości zwykłego śmiertelnika (bo przecież nie uwierzę, że osoby o takich nazwiskach jak „drew Roberts”, „Rob Myers”, „Terry Hancock” czy „Greg London” istnieją w rzeczywistości), ale jej rozmiar i częstotliwość świadczą o tym, że mało kto rozumie, o co w tym chodzi. Najbardziej popularną odpowiedzią na pytanie „jak działa licencja niekomercyjna” jest „nie używaj licencji niekomercyjnej”.
Licencja niekomercyjna ma bowiem oznaczać, że wybierająca ją osoba chce w praktyce sprzedać swój utwór i liczy na to, że wystarczająco się rozreklamuje, a korporacje same się zgłoszą po odpowiednią licencję komercyjną. W ten sposób cel, jakim miało być stworzenie alternatywnego obiegu niekomercyjnego nie jest w praktyce realizowany, bo korzystanie z licencji niekomercyjnej tylko wzmacnia sektor komercyjny – czasem łatwiej po prostu kupić sobie prawa do komercyjnego utworu (np. zdjęcia) niż próbować szukać leikamastera76 i prosić go o sprzedaż praw.
Obieg niekomercyjny okazuje się też fikcją, gdy zaczniemy ściśle trzymać się interpretacji znaczenia „niekomercyjny” (NC) w licencji CC. Nie możemy zasadniczo korzystać z treści NC na stronie z reklamami (chyba że nie są one główną atrakcją) – wszelkie innowacyjne modele dzielenia sią zyskiem z użytkownikiem (Newsvine, Revver) odpadają. Właściwie całkowicie odpada jedyne miejsce, gdzie można konkurować z tradycyjnymi mediami: rynek. Istotą sukcesu produkcji koleżeńskiej (peer production) jest to, że wewnętrznie realizowana jest w ramach modelu pozarynkowego (w tym znaczeniu, że mechanizm cenowy nie reguluje stosowania określonych środków produkcji), ale na zewnątrz konkuruje z produktami wytworzonymi metodą rynkową (czy korporacyjną, co w tym przypadku na jedno wychodzi).
Licencje niekomercyjne stanowią tymczasem ponad połowę wszystkich stosowanych licencji. Na dodatek wiele osób sądzi, że każda licencja CC daje ochronę przed wykorzystaniem utworu przez korporacje – tak jak w procesie, który czeka CC przed sądem w Teksasie (użytkownik flickera, którego zdjęcie zostało wykorzystane w kampanii reklamowej skarży się, że nie wiedział, że licencja zezwala na użytek komercyjny). Niezależnie od wyniku procesu (który przypomina mi raczej akcje w stylu suszenia kota w mikrofalówce, bo w instrukcji nie było napisane, że nie można), CC na pewno popełniło gdzieś błąd – potrzebne byłyby pewnie badania, ale nie zdziwiłbym się, gdyby CC kojarzyło się automatycznie z niekomercyjnością.
Nie uważam, żeby licencje NC były całkiem niepotrzebne. Przyznaję. Sam z takich licencji korzystam (np. tu). Wynika to po części z tego, że nie są to treści, które zrobiłem samodzielnie, a organizacje, które je udostępniają boją się, że praca wolontariuszy zostanie „skradziona”. Tymczasem najgroźniejsza jest utrata wolontariuszy, a nie tego, co oni napiszą. Zresztą strach przed utratą kontroli i zysków to w uproszczeniu najważniejsza podstawa istnienia tradycyjnego systemu praw autorskich. Czyli licencja niekomercyjna przedłuża istnienie takiego systemu. Po części jednak dla uczestników systemu praw autorskich sam fakt udostępnienia części utworów nawet w formie niekomercyjnej jest sporym wyłomem w tradycyjnej strategii. Nie dotyczy to jednak większości użytkowników, którzy w sieci publikują hobbystycznie. Będzie jeszcze część czwarta.
Ach ta komercha (3)
burlap
jako (5.10.2007)










